W niedzielę stanęliśmy przed takim oto wyborem: „czy pozwolić PiS-owi wrócić do władz?”. Nie pozwoliliście, twarze znane z PO-PSL będą dalej trzymać władzę. W sumie dobrze, bo wbrew wypowiedziom niektórych, przynajmniej nie zepsują kraju. Nic się nie dzieje? I dobrze, pozwólcie nam samym o siebie zadbać. Największym wygranym wyborów jest Palikot, największym przegranym Napieralski i to bardziej rozgrzewa opinię publiczną. Przetasowania na lewicy będą, ale cieszę się z tego, bo kilka liberalnych projektów może przejść, jak np. ograniczenie biurokracji. W spory ideologiczne nie chcę się mieszać. Skutkami tych wyborów będzie obrażenie się PO na Tuska, odejście Napieralskiego, modlitwy do bożka Palikota, skądinąd tak samo ohydne jak modlitwa do Jarosława (słynne „Jarosław, Polskę zbaw”). Ten nie odejdzie z polityki i zrobi drugi Budapeszt w Warszawie (dobrze, że nie jesień średniowiecza).
Ja nie poświęciłem 20 min. w niedzielę by zagłosować. Postawione przede mną pytania i wybory, jak czy wybrać MNIEJSZE czy NIŻSZE zło, obrażają mnie. Wybrałem więc MAM TO GDZIEŚ zło i pospałem dłużej. Naprawdę, uważam, że żadna formacja nie obniży podatków, nie uprości życia i nie zrobi z Polski drugiej Norwegii/Irlandii/Japonii. A skoro nic realnie się nie zmienia, to po co się przemęczać? A jakby wygrał PiS? To wyłączyłbym TVN24 i cieszył się życiem.