Dzisiejszy wpis jest bardziej tekstem rozrywkowym, niż merytoryczną wypowiedzią dotyczącą kryzysu zadłużenia w Grecji, lub jak ja to nazywam: w greckim pierdolniku. Bo czy naprawdę tak trudno dogadać się w krótkim czasie? Nie, potrzeba dwa lata, żeby ruszyć sprawę z miejsca. Z jednego powodu: polityki.
Tam, gdzie zaczyna się polityka, tam kończy się zdrowy rozsądek. Widzimy to na co dzień, w prawie każdym, nawet uznawanym za poważnym, kraju. Grecja to małe państewko, w którym część socjalna jest tak dobrze rozwinięta jak w hipotetycznym, socjalistycznym kraju. Niestety nic nie trwa wiecznie i w momencie, w którym kończy się finansowanie, socjal upada. Tak miało być w 2010 roku, Grecja dostała pakiet pomocowy, miała przeprowadzić reformy i problem miał być rozwiązany w przeciągu kilku miesięcy. Miał być.
Kryzys zadłużenia tak łatwo nie dał o sobie zapomnieć i po przeciągnięciu kilku innych krajów z grupy PIIGS, powrócił do małej Grecji, gdzie nadal obowiązywało wiele dodatków, o których przeciętny obywatel Europy może tylko pomarzyć. O obywatelu USA nie będę nawet wspominał. Niestety, porozumienia w sprawie reform brak, a płacić wierzycielom z czegoś trzeba. W lipcu 2011 roku postanowiono szybko rozwiązać tę sprawę na szczeblu europejskim. Jej rozwiązanie przyjęło konkretny wymiar dopiero teraz, w lutym-marcu 2012 roku. Pół roku. To i tak niezły wynik. A po drodze było ciężko…
Jak inaczej niż głupotą można nazwać wybryki europejskich polityków? Jednego dnia ogłaszają porozumienie, by następnego ogłosić referendum, a kolejnego wymieniają premierów kilku krajów. To były dobre czasy dla agresywnych spekulantów, lecz czy takie zachowanie wydaje się normalne? Od kiedy mały kraj, na peryferiach Europy ma wpływ na globalne rynki finansowe? Jak głupio to nie brzmi, tak właśnie się stało. Headlines trading rozwinął się w pełni, aż do absurdalnego poziomu. Choć kryzys nie minął, powoli wszystko wraca do normy.
Grecja zaproponowała plan wymiany obligacji. Wszyscy pogodzili się z tym, że to konieczne, a banki centralne, pustym pieniądzem, częściowo sfinansują dług Grecji. Plan zakłada odpisanie 53,5% wartości nominalnej obligacji oraz wymianę na nowe, 30-letnie, pozostałej partii. Oprocentowanie będzie rosło od 2% do 4,3%. Proces wymiany ma się zakończyć do 12 marca i jeżeli 90% posiadaczy nie wymieni ich dobrowolnie to i tak to zrobią – przymusowo. Jakkolwiek ten plan wydaje się realny, rynki zareagowały pozytywnie. Jak po każdych, doniosłych ustaleniach. Ja pozostaję sceptyczny.
Kryzys nie minął, kryzys wkroczył w kolejną fazę. Choć odczyty PMI i PKB są względnie dobre, poprawia się sytuacja w USA, a indeksy giełdowe osiągają nowe maksima, to sytuacja stała się zbyt dobra. Rynki potrzebują wieści, a jeśli nie będzie to Grecja (inne kraje PIIGS jak na razie radzą sobie dobrze), to będzie to Iran i ropa, wybory w Rosji, USA lub Francji, a na końcu wyjdzie spowolnienie w Chinach. Myślę, że nie czeka nas armagedon, jak prognozuje prof. Rybiński. Myślę, że pora na nową ekonomię, która zmieni nasz pogląd na obecne stosunki finansowe i gospodarcze.