Takim stwierdzeniem mógłby zacząć swoją konferencję premier Tusk, a wtórowałby mu premier Pawlak. Bardzo niepolityczna decyzja pojawia się jakiś czas przed wyborami samorządowymi i rok przed wyborami parlamentarnymi. Oczywiście, wszystko dla naszego dobra i dla dobra naszych dzieci. A ja się pytam, gdzie jest jeszcze dobro naszego psa?
Tak w skrócie można podsumować wydarzenia ostatnich dni, które są wodą na młyn wszystkich znaczących mediów w Polsce, szczególnie teraz, w sezonie ogórkowym. Rząd rządzi i stanął przed problemem budżetu na następny rok. Problem ten chyba ich przerósł, a może to upał zaszkodził, bo rozwiązanie jest dość… dziwne. Zapadły więc decyzje o cięciach i najbardziej nagłośniona podwyżka i tak już dość wysokich stawek VAT o jeszcze jeden punkt procentowy. Nie byłoby powodów do paniki i zmartwień, gdyby nie późniejsze tłumaczenia dwóch rządzących (trzeci na urlopie), że to jest najlepsze rozwiązanie dal naszego dobra a obecna ekipa „ma jaja” i się tego podejmie. I w sumie to co się dzieje to nie wielka niepolityczna decyzja, a dokładnie przemyślany wybór mniejszego zła.
Bo co to jest jeden procent podatku VAT? Czy zrezygnujesz z kupna bułki bo zamiast 19 gr. będzie kosztowała 20? Wątpię. Czy zrezygnujesz z zakupu biletu komunikacji miejskiej, żeby dojechać na uczelnię? Wątpię. Zrezygnujesz z miękkiego papieru toaletowego? Wątpię. A czy będzie wielkim problemem dopłacenie 20-30 zł do telewizora LCD? Raczej nie, szczególnie, że jeśli już zdecydowałeś się na kupno to się nie wycofasz. Tak samo z samochodem czy mieszkaniem. Część tej podwyżki zmniejszy marżę sprzedawców lub/i producentów. Do budżetu dla to „tylko” 5 mld zł. Ale czym to jest wobec cięcia wydatków np. w służbie zdrowia? Lepsze jest markotne społeczeństwo, które de facto nieznacznie tylko zmieni swoje zachowania, niż rozzłoszczona część społeczeństwa, której zabrano wynagrodzenia. To się partii rządzącej opłaca.
Nie wiemy w jak bardzo złym stanie są finanse publiczne. Wiemy to i owo, ale wszystkiego nam nie mówią. Mam powody twierdzić, że będzie problem z wydatkami w najbliższych latach. Winę za to ponosi nie tylko PO, ale też i PiS. I to w takim samym stopniu. Mieli okres rozwoju gospodarczego, trzeba było robić reformy, zacisnąć pasa, ale nie, trzeba było zwiększać wydatki. A potem kolejna ekipa nic specjalnie nie zmieniała. Wszyscy kłamią, a potem mówią, że to ci drudzy. A moim zdaniem, wszyscy powinni dostać zakaz uprawiania polityki pod groźbą śmierci lub kalectwa. Niestety, ale szykuje się kilka kolejnych lat egzystencji…
Jak wszyscy dobrze wiemy państwo lepiej naprawiać zwiększając dochody niż tnąc wydatki. To jest standard polityczny i nie mamy nic do gadania. Gdyby państwo było firmą już dawno by upadło dzięki takim procederom. Niestety tak jak już wyżej napisałem, ciężko jest ciąć wydatki i dalej łatwiej jest albo się zadłużać albo zwiększać przychody w inny sposób. Niektórzy powiedzą, że są cięcia. Ale te cięcia są niczym w porównaniu ze zwieszaniem dochodów. A powinno być odwrotnie. Minimalizacja kosztów przy maksymalizacji dochodu, bez zbędnych obciążeń. Ale nie w finansach państwa…
Mnie nie rusza podwyżka podatków. Powiecie, że PO obiecała ich obniżania. A ja spytam się, kto normalny wierzy w obietnice wyborcze? Z całym szacunkiem, ale nikt normalny. Powiecie, że chodzi o zasady? A to w ogóle są jakieś zasady? Bo ja żadnych do tej pory nie widziałem? Nie rozumiem po co się pienić o jeden procent, który co prawda jest naszą stratą, ale gdzieś w końcu wyląduje. Trzeba się martwić gorszymi sprawami, a nie podskakiwaniem dziecka w piaskownicy. Albo ktoś rzeczywiście „ma jaja” i utnie zbędne wydatki… albo co roku będziemy powtarzali to samo, a co cztery lata wybierali mniejszych krzykaczy…
Może ja się za bardzo ekonomii naczytałem, ale jeden procent ma dla mnie znaczenie (tak jak nie wierze że inflacja to tylko teoria hehe). Państwo atakuje podatkiem produkty które mają niską elastyczność – przykładowo kolosalna akcyza na papierosy w niewspółmierny sposób zmniejsza popyt na nie, podobnie jest z benzyną – podnosimy bo co nam zrobicie, przecież nie ma konkurencyjnych zamienników.
Ceny w Polsce są i tak bardzo dysproporcjonalne w stosunku do zarobków. Za płace minimalną w UK wynajmiesz mieszkanie i spokojnie się utrzymasz, w Polsce za 1100zł jest to niemożliwe. Na auto pracuje się miesiącami, a potem trzeba się borykać z jego utrzymaniem, wczasy w Polsce dorównują cenom zagranicznych kurortów – takich dysproporcji można wymieniać w nieskończoność.
Polscy politycy chcą cen co najmniej jak na zachodzie, a nie widzą braku proporcjonalnego wzrostu płac. Grecja dotąd miała VAT na poziomie 18%, dopiero niedawno wprowadziła „kryzysowy” 22% – Polska jedzie na 22% odkąd pamiętam. Może idąc do sklepu po wspomnianą bułkę czy papier nie zauważysz różnicy, ale jak robisz zakupy w hipermarkecie raz na tydzień dla 4osobowej rodziny to różnice już zobaczysz, choć nie za wiele da się z tym zrobić.
Potem znowu będzie że Polska to naród kombinatorów, ale czemu się tu dziwić? Cieszmy się że prywatyzacja w tym roku się udała bo nie skończyłoby się na jednym procencie – bo i co zrobisz jak podniosą o 2 albo 3%?
Sytuacja jest zła, ale była już przed i będzie jeszcze długo. Oczywiście, nie jestem zwolennikiem podnoszenia podatków, szczególnie, że te pieniądze pójdą prawdopodobnie na administrację publiczną. Jestem natomiast przeciwnikiem robienia z tego jakiejś katastrofy i stawiania się w roli ciemiężonego narodu, co często można teraz zaobserwować, szczególnie w internecie. To nie jest koniec świata, szczególnie dla tych, którzy tną swoje wydatki ;)