Minął i nawet mnie nie wyrzucili, co uznaję za sukces. Trochę się działo, ale jeżeli tak mają wyglądać następne semestry moich studiów to zanudzę się zanim je skończę. Po roku studiowania czuję się nijak, ani jak student, ani jak nie student. Teraz czas powiedzieć o tym kilka słów, odpocząć i nie wracać do tematu do października.
W tym semestrze sesja długo mnie przetrzymała, bo oficjalnie skończyła się 25 czerwca. Gdyby ktoś bardzo, ale to bardzo „mądry” z samorządu studentów WNE nie wymyślił egzaminu końcowego z języka angielskiego to koniec miałbym tydzień wcześniej, czyli 18. W tej sesji 4 egzaminy plus rzeczony angielski. Mikroekonomia I, Elementy Optymalizacji Nieliniowej (EON), Modele wspomagające podejmowanie decyzji, Moduły Informatyki dla Biznesu (cokolwiek nazwy te znaczą). Miał być jeszcze zaległy egzamin z Podstaw Zarządzania, ale jak ruszyliśmy temat to okazało się, że jest to zaliczenie na podstawie ćwiczeń. Swoją drogą był z tego niezły dym i wkurzyliśmy chyba z pół Wydziału Zarządzania, ale egzaminu w końcu nie było. Co prawda zmarnowałem czas czytając książkę wykładowcy, na której miał się opierać egzamin i której szczerze NIE polecam.
Same egzaminy były średnio-trudne, tj. dla kogoś kto robił zadania, zna schematy i co nieco orientuje się w temacie zaliczenie jest możliwe. To mnie cieszy, bo nie muszę zbytnio się przykładać, ale też martwi, bo studia nie uczą myślenia totalnie. Jeśli chodzi o mikroekonomię to jej trzon to zadania i trudne kolokwium, której jeśli zaliczyłeś to egzamin nie powinien być problemem (ale wyników nie ma do tej pory). Jestem bardzo zadowolony z EONu, gdyż 1,5 dnia nauki przed egzaminem i umiejętność myślenia wystarczyły by dostać z niego 4. Oczywiście nie tylko, bo ćwiczenia też nie były bez wpływu. Modele to dość nudny przedmiot opisujący metodę Simpleks i algorytm transportowy, a komputerów nie dotknęliśmy w ogóle, bo „można było sobie poćwiczyć to w domu”. Moduły informatyki to też porażka – nauczysz się na pamięć 250 stron skryptu i durnych nic nie wnoszących, czysto sztucznych podziałów i masz to zaliczone. Po przeczytaniu tego skryptu czułem się zgwałcony mentalnie, a jedyne co pamiętam z tego przedmiotu to jakieś informacje o systemach ERP (Enterprise Resource Planning). Większość materiałów do tego skryptu i tak była z jakiejś książki i Wikipedii. A to ciekawe…
Nauczyłem się jednak czegoś na tych studiach. Przede wszystkim nabrałem szacunku do matematyki i choć nadal twierdzę, że nie jest konieczna do skutecznego zarabiania (na poziomie akademickim), to może być przydatna, choć ten kto znajdzie funkcję opisującą cenę choć w 70% czasu jest dla mnie mistrzem. Nauczyłem się też jak łatwo i szybko zyskiwać w oczach wykładowców. Nauczyłem się też, że dobry ćwiczeniowiec to podstawa zaliczenia przedmiotu. Nauczyłem się też, że nie warto się wychylać, gdyż potem trzeba robić znacznie więcej w zasadzie po nic. Dla mnie różnica między 3, 4 a 5 jest żadna, bo nie celuję w stypendium, a program na studia to optymalizacja zadania: zaliczyć przy jak najmniejszym wysiłku. Niestety zostałem ogołocony przez te studia z wszelkich ambicji z nimi związanych i chyba stałem się konformistą, co bardzo mi się nie podoba.
Jeszcze słowo na koniec. Mój kierunek nie sprzyja integracji, bo mamy oddzielnie zajęcia od reszty WNE, choć oczywiście są inne możliwości integracji. Ale przebywanie w gronie 40 osób nie jest dla wszystkich, choć mi osobiście odpowiada. Studia są w porządku, dla osób, które mają wiele innych zajęć, sam spędzałem tam 3 dni w tygodniu i bez większego wysiłku zaliczyłam, jak na razie, przedmioty. Mamy też fajne organizacje takie jak KNSG czy AISEC, co dodaje smaczku :) . Ale ja nadal nie czuję się studentem, raczej kimś kto tam chodzi, coś zalicza i tyle. To mnie tylko niepokoi w moich studiach, co widać, gdyż piszę o nich prawie nic w porównaniu do liceum. I nie ma się co dziwić, na studiach frustracji brak :) .
Przed Tobą jeszcze kilka lat studiów, nie ma co się zniechęcać. Pierwszy rok należy traktować jako wprowadzenie.
Jak Ci idzie integracja poza murami uczelni? Kluby studenckie, imprezy, spotkania, poznawaie nowych osób? To chyba też ważny element nauki…
Z poznawaniem nowych ludzi nie ma problemu, z tym, że ludzi z uczelni znam za mało :D I to raczej nie studenci :D
Po prostu wydaje mi się, że jeśli jeszcze 4 lata (w najlepszym wypadku) przede mną to szkoda mi czasu na małą ilość konkretów, a dużą ilość rozbitego czasu. Wydaje mi się np. że przez wczoraj i dzisiejszy poranek zrobiłem więcej niż przez ostatnie 2 tygodnie.
Szacunek do matematyki.. Kiedyś o tym pisałem chyba nawet na tym blogu, wtedy miałeś trochę inne poglądy.:) Zasadniczo zgadzam się w 100%:)
Konformizm? Nie wychylanie się? Zobaczysz co się będzie działo jak pójdziesz do pracy.:) Studia to przecież dopiero wprowadzenie.:) Nie zawsze tak jest, ale bardzo często.:)
Przyznaję się, wtedy byłem młodym gówniarzem, błądziłem :D
No chyba, że będę sam pracował na własny rachunek, powoli mi przechodzi te szukanie pracy na siłę…
Dla mnie właśnie Forex jest takim miejscem, gdzie mogę realizować siebie i nic mnie nie ogranicza. A praca? Dużo gorzej niż na studiach, ale generalnie tak po prostu jest.
Z drugiej strony, da się żyć, pod warunkiem, że potrafi się na wiele rzeczy „przymknąć oko”.
A chrzanić pracę i pierwsze dwa filary, po to przecież jesteśmy na Fx, cały trud pracy, wszystko to co trzeba żeby zdobyć NIEZALEŻNOŚĆ.
Nie z łaską od poniedziałku do piątku poddawać się czyimś zachciankom za 4 tys
Niech tylko profity przewyższają wydatki mi wystarczy:D
Bardzo mi się spodobał fragment ;
„Dla mnie różnica między 3, 4 a 5 jest żadna”
Sam tak robię.
Uczymy się tego co nam pasuje, nie dla przyszłego szefa który będzie odznaczał kreską nasze umiejętności.
Z drugiej strony, zawodów, które są trudniejsze niż (zyskowna) gra na giełdzie, szczególnie pod względem emocjonalnym, naprawdę nie ma zbyt wiele..
W pracy jest po prostu łatwiej.:) Dlatego właśnie zarabia się mniej.:)
„Po przeczytaniu tego skryptu czułem się zgwałcony mentalnie”
Może można się rozglądnąć za jakąś miedzyucz. wymianą? Lub oś w ten deseń .. jak to czytam to tylko cieszę się, że nie ma we mnie takich ambicji :oops: . „Bezpieczny dom” to fajna wizja, ale też ma swoje koszta
To trochę zbiorczo odpowiem.
Praca. Wiele zależy co robisz i kto jest Twoim szefem. Nie mówię, że chcę przesiedzieć w bankach pół życia, raczej tam się czegoś nauczyć. Nie jest tajemnicą, że w przyszłości chcę założyć (legalnie) własny hedge fund i połączyć pracę przedsiębiorcy i tradera. A jak wyjdzie zobaczymy, na razie mam (chyba) sporo czasu.
Niezależność. Tu mógłbym długo dyskutować, ale powiem tyle – nie da się uniezależnić od wszystkiego (próbowałem). Wolę szukać okazji i wyciągać jak najwięcej się z tego da.
Studia. Tu nawet nie chodzi o przydatność wiedzy. Po co się przemęczać w związku z czymś, co jest tylko dodatkiem? Nie ma sensu, przynajmniej dla mnie. Poza tym nie jest to zgodne z moim pomysłem na życie.
Wymiana. Nie wiem czy spełniam wymogi formalne, ale nawet jeśli to nie. Mogę pojechać za granicę dla konkretnych korzyści, a tak na wymianie niektóre moje cele odroczą się w czasie, czego nie chcę.
„Bezpieczny dom”. Ja lubię ciągłe zmiany, ale fakt, coś z wychowania konserwatywnego zostało. Musi być miejsce niewynajmowane, własne, do którego można wrócić, w którym można się odciąć od wszystkiego. I przez to trochę sobie komplikuję.
Clue jest takie – przez ten semestr straciłem niektóre cele z pola widzenia i to było złe. Wniosek: nie dopuścić do tego więcej.
A tak jeszcze w temacie własnej działalności, proponuje jakiś felieton na temat obecnej dyskusji w KNF..
Zapowiada się ciekawie..
http://blogi.bossa.pl/2010/06/28/doradca-dla-kowalskiego-i-slup-dla-formalnosci/
„A chrzanić pracę i pierwsze dwa filary, po to przecież jesteśmy na Fx, cały trud pracy, wszystko to co trzeba żeby zdobyć NIEZALEŻNOŚĆ.
Nie z łaską od poniedziałku do piątku poddawać się czyimś zachciankom za 4 tys ”
Piwo w ten upalny poranek za ten cytat funduję ;-)
„Dla mnie różnica między 3, 4 a 5 jest żadna, bo nie celuję w stypendium”
Też tak myślałem i to mnie po części zgubiło. Duża część topowych firm podczas CV screening chce oceny ze studiów. Robi tak PriceWaterhouseCoopers, robi tak też JP Morgan.
Problem polega na tym, że mają tylu kandydatów że muszą mieć jakieś kryterium odrzucania i używają tych najbardziej oczywistych, choć nie zawsze sprawiedliwych.
Co do studiów to AISEC polecam, mam kolegę w Londynie w PwC właśnie co stamtąd dostał prace jako business analyst, no i obowiązkowo wyjazd na http://www.lse.org.pl/ w tym roku, dopiero zmienisz po tym światopogląd :)
Co do sporu o zniesienie licencji – coś wysmaruję, choć osobiście jestem poza tym. Jestem zwolennikiem zniesienia licencjonowania i zatrudniania ludzi na sensownych zasadach. To niestety w Polsce jest niemożliwe, więc trudno powiedzieć jakie jest najlepsze wyjście.
Nie jest tak źle, średnia jest powyżej 4 za pierwszy rok. Za każdy semestr oddzielnie też. Ale dla mnie nie to jest najważniejsze. PwC i JP jakoś mi nie pasują. Duże korporacje są złe. Najlepiej pracować w średniej firmie (banku/funduszu/whatever). To daje już dość duże plecy i dobre warunki, a łatwiej jest się pokazać. A duże korporacje to duże korporacje. Zresztą, nie tylko ocenami ze studiów chcę się pokazać.
Jak mnie wezmą na LSE to czemu nie. Trudno mi powiedzieć, bo ostatnio u Balcerowicza mnie nie chcieli :D
Chodziło mi o to, że zniesienie licencji (przynajmniej w obecnym kształcie) umożliwi wielu osobom założenie mniejszych lub większych funduszy czy chociaż firm doradczych.
To są naprawdę duże pieniądze i to w zasadzie bez ryzyka. Licencja DI jest jednak dużą blokadą, co prawda do obejścia, ale jednak blokadą.