Tym razem okazało się, że mają wspólne predyspozycje do problemów z długiem publicznym. Powiedziano, że Węgrzy mają dużą szansę powtórzyć los Greków i rynki natychmiast zaczęły szaleć. W zasadzie to potrzebowały impulsu i trudno się zdziwić, że akurat w tę stronę. W każdym razie euro coraz słabsze, forint też przeżywa spekulację, a złotówce dostaje się „przy okazji”.
Po niezbyt ruchliwym czwartku, choć święto było tylko w Polsce i Brazylii, nastąpił burzliwy piątek. Nie tylko ze względu na zaplanowaną publikację NFP, które zeszły na drugi plan, lecz ze względu na jedną wypowiedź pokazującą, że kłopoty się nie kończą i za szybko odtrąbiono koniec kryzysu. Teraz po prostu zmieniło się jego ognisko, skutki i tak odczuwa cały świat. Szczególnie dostaje się walutom rynków Europy Wschodniej, które ostatnio są ulubionymi instrumentami do spekulacji dużych instytucji.
Pomijając relatywnie korzystny wpływ słabego euro na konkurencyjność największych gospodarek Euro Zone, trzeba się zastanowić w czym tak naprawdę tkwi problem. Nie interesuje nas same cena jako taka, ale trend. Powolne osłabianie euro jest korzystne, ale gwałtowne, poszarpane ruchy już niekoniecznie. Co prawda niemieckim włodarzom zależy najbardziej na zahamowaniu spadków wartości akcji na giełdach, nadmiernemu wzrostowi cen obligacji krajów „stabilnych”, spadkowi cen obligacji krajów „niestabilnych” i przede wszystkim wzrostu cen ubezpieczeń od niewypłacalności (CDS). Reszta ma raczej drugorzędne znaczenie, choć jakieś znaczenie ma. Trzeba uważać, by się nie utopić. Szczególnie, że np. Niemcy nie grzeszą nadwyżkami w budżecie i ich zadłużenie także się powiększy. Ale może pomóc dodatni trade balance.
I tak oprócz forinta oberwało się najbardziej złotemu, w końcu jesteśmy wrzuceni do jednego koszyka. Warto zauważyć, ze waluty rynków Europy Wschodniej najbardziej tracą do dolara, a ruch do euro jest mniejszy z tego faktu, ze samo euro ma kłopoty i jest słabe. Dolar jest wart 3,50, euro 4,19, frank 3,03 a funt 5,06 złotego. Szczególnie niebezpieczny wydaje się poziom franka szwajcarskiego, gdyż może powrócić problem wysokich rat za kredyty hipoteczne. W mniejszym stopniu, ale ten problem dotyczy też kredytów w euro. Co do forinta to dolar kosztuje ich ponad 241, a euro ponad 289. Wystarczy spojrzeć na wykres, że traderzy w dłuższym terminie planują przetestować szczyty z pierwszej fazy kryzysu. Moje kiedyś wspominane targety dla złotówki sprawdziły się niebezpiecznie szybko i mogę stwierdzić, że wakacje będą niespokojne…
Sam rynek eurodolara złamał barierę 2000, rynek zamknął się poniżej, wzrosło prawdopodobieństwo przetestowania poziomu 1600 nie widzianego od początków 2006 roku. Historia jakby zatacza koło. Ale czy euro utonie? Skoro o bankach mówi się, że są za duże, żeby upaść, to tym bardziej wiązek kilkunastu krajów się nie rozpadnie, bo jest po prostu za duży. Chyba, ze już po kryjomu wypracowuje się procedury powrotu do starych walut lub zmianę parytetu. Dla gospodarek może to mieć wieloraki wpływ, ale ja się cieszę – żyję w ciekawych czasach.




Tak z ciekawości, czy Twoim zdaniem EUR/PLN dojdzie do 4,5?
Wg mnie to maks 4,37. Bardzo nam nie po drodze do słabego złotego względem słabego euro. Poza tym coś bąkało się o interwencjach itp. To nie będzie tak dynamicznej jak do dolara :) Stety albo niestety, dla planujących wakacje tylko w Europie niekoniecznie.