Czasem zastanawiam się, czy pewne rzeczy robi się faktycznie by zbudować wartość dodaną, by ją potem wykorzystać, czy też niektóre rzeczy robi się dla samych siebie. Niestety ostatnio bardzo często mam do czynienia ze sztuką dla sztuki i tym, że nie można później tego wykorzystać. Ot, taki los pragmatyka.
Dziś luźniej, bo studia znowu dają o sobie znać. I z tej pozytywnej strony i z tej negatywnej. Niestety, tak to bywa ze studiami, że bombardują nas wiedzą niekoniecznie przydatną, którą trzeba znać, bo takie są wymagania egzaminacyjne. A egzamin trzeba zdać, jeśli chce się mieć wyższe wykształcenie. Tak, wiem, to mój własny wybór. Ale dlaczego nie można przekazać całej, przydatnej wiedzy innym, by budować nowe, lepsze pokolenie, by całe społeczeństwo szybciej się rozwijało? Nie wiem, czy to kwestia naszej lokalnej „kultury”, czy też inne czynniki, ale moim zdaniem, to nie powinno mieć miejsca.
Niestety, pojawia się wiele przedmiotów, które są potrzebne, lecz nie są realizowane tak, jak wskazywałaby na to logika. Każdy przedmiot powinien przekazywać nam wiedzę, którą potem możemy spożytkować, by budować dobrobyt społeczeństwa. Pomińmy jednak idealistyczne cele i po prostu postawmy na pragmatyzm. Po prostu np. dowód mniej ważnego twierdzenia do niczego mi się nie przyda. Rozumiem, że udowodnienie twierdzenia jest czymś niezłym, potrafię coś, czego nie umie większość innych, ale czy naprawdę to przyda się mojemu odbiorcy? Mnie (już mnie) jako ekonomisty interesuje jak to działa tak bym mógł to zinterpretować i przede wszystkim to jak (do czego?) mogę wykorzystać dane metody. Nie, nie jestem przeciwnikiem matematyki, lecz chcę by ta matematyka była dla mnie użyteczna. A jej uprawianie jako sztuki dla sztuki, może być dobre wśród „kółka hobbistów”, a nie na wykładach, które mają nam pomóc w rozwiązywaniu przyszłych problemów.
Drugą skostniałością na polskich uczelniach jest wzbranianie się od używania komputera. Chyba bezcelowe jest liczenie ręczne zadania z kilkunastoma zmiennymi, skoro można je szybko wrzucić w komputer i mieć z pewnością dobre rozwiązanie. A tak, wychodzę z umiejętnością ręcznego liczenia danych typów zadań, może wiem nawet jak to działa, ale nie wiem, jakich programów użyć i jak wprowadzić do nich dane. Ok., ja umiem się dobrze posługiwać komputerem, programowanie pozostawiło swoje piętno, lecz nie każdy tak musi. Tego mi chyba najbardziej brakuje.
Po ukończeniu studiów mam dużą wiedzę teoretyczną, z której na praktykę mogę przełożyć max 20% wiedzy. Sporo przedmiotów nie jest potrzebnych, sporo jest realizowanych na zasadzie 4xZ, albo z bardzo niewielkimi wymaganiami na zaliczenie. Dlatego, jeśli tylko możemy, rozwijajmy się we własnym zakresie. Ja w ten sposób nabyłem ok. 90% wiedzy, z własnej woli i w tematach, które lubię. Te twierdzenie jest truizmem, ale bardzo dużo ludzi nie zwraca na to uwagi. A piszę o tym, bo to mnie dziś mocno wkurzyło.
100% racji :)
Jedyne co mnie pociesza to to, ze moja uczelnie dosiegnela informatyzacja i niektore rzeczy nawet na excelu robimy (np. zajecia z portfela inwestycyjnego). Natomiast spora czesc przedmiotow moznaby pominac bez zadnej straty dla wiedzy studenta…
w ogole to niektore kierunki mam wrazenie jakby byly zlepkiem przypadkowych przedmiotow – prym imo wiedzie tutaj ekonomia, na ktorej jest wszystko i nic, a absolwenci raczej nie maja gruntownej wiedzy z ekonomii.
Co jak co, ale gratuluję komentarza nr 1000 :)
problem podobny jak do tego co poruszałeś jakiś czas temu we wpisie o szkole.
tak, nasz system jest nieudolny, mało wydajny i w niewielkim stopniu jest wykorzystana wyniesiona przez nas wiedza. myślę, że właśnie sposobem jest to (jak zostało napisane w tym artykule) że trzeba poszerzać horyzonty samemu. szkoła/studia nic za nas nie zrobią.
Chyba teraz rozumiesz Nievinny co miałem na myśli marudząc na Polski system szkolnictwa wyższego w jednym z Twoich postów jakiś czas temu.
Pomijam paradoks którego wydaje się nikt nie zauważa, czyli dlaczego pani bibliotekarka uczy się wykonywania swojego zawodu tyle samo co prawnik?
Najgorszy jest te wspomniane przez Ciebie 20% wiedzy praktycznej-studia muszą trwać 5 lat i basta, więc spamu jest co nie miara, a zabiera on bardzo cenny czas który poświecić można by na przedmioty nas interesujące najbardziej.
No i totalny brak case studies-za granicą na dobrych uczelniach wszystko robi się w „kejsach” i to do bólu-wszystko po to by pokazać jak wykorzystać wiedzę w praktyce. U nas w Polsce są praktyki studenckie-które naprawdę rożnie wyglądają.
Nie, no wydział zarządzania stara się uczyć nas na zasadzie case study. Wychodzi im co najmniej mizernie, teraz wiem dlaczego nazywają go wydziałem gier i zabaw.
Wybrałem te studia z pełną świadomością, że gdyby nie wyszło mi w tradingu to może zaczepiłbym się w czymś związanym z zarządzaniem lub czymś podobnym. Ale ja nie wyobrażam sobie, żebym nie pracował w finansach, a najbardziej jest mi dobrze w tradingu. I dlatego muszę się teraz z tym męczyć…, a miało być z pasją :(