Dziś w USA i Chinach mają wolne, na rynku niewiele się dzieje, pora na luźniejsze tematy. Dziś wypadło na edukację państwową w Polsce. Postaram się skupić na studiach wyższych, choć te są dość „odporne” na bycie niezadowalającymi. Przynajmniej w porównaniu do innych szczebli edukacji. Jednak i tu wszystko zależy od uczelni, jej tzw. obciążenia wiedzą i przede wszystkim jej możliwości finansowych.
Edukacja w Polsce kuleje – to jest fakt. Najlepiej uczyć się samemu – kolejny fakt, szczególnie gdy mamy konkretne cele i dobre materiały do takiej nauki. Dobrym przykładem jest tu nauka analizy rynków finansowych czy pokrewne. Ważna jest też kwestia motywacji, która w przypadku rynków finansowych jest spora (nagroda w postaci wysokich zysków), a w przypadku edukacji publicznej co najmniej niewielka. Każdy człowiek jest inny i ma inne potrzeby – to fakt kolejny i w zasadzie wyczerpujący temat nieoptymalności edukacji publicznej, ale nie warunku zadowolenia. Jednak jest kilka sfer, które mogą być zmienione i poprawią one poziom przygotowania jej uczestników do podjęcia pracy w danym zawodzie. I nie wymaga to zbyt wielkich nakładów. Co więcej niektóre uczelnie widzą już ten problem i starają się mu przeciwdziałać. Jednak dzieje się to tylko na szczeblu wyższym.
Szkoła stawia na ogólne wykształcenie. To dobry kierunek pod warunkiem, że kształcenie ogólne nie staje się zbyt szczegółowe. Nawet szkoły ogólnokształcące powinny przygotowywać do dorosłego życia. Trzeba się pozbyć przedmiotów, które hamują, a raczej zabierają czas na naukę rzeczy przydatnych. Religia, etyka, przysposobienie obronne, sztuka, a także godziny wychowawcze itp. powinny zostać usunięte. Te przedmioty są nieefektywne i znajdują się w szkołach tylko z powodu pewnej polityki pewnych grup. Dzięki zmniejszeniu ilości czasu marnowanego, można pozwolić ludziom (dzieciom) wypocząć i poświecić się przydatniejszym przedmiotom. Na szczególną uwagę zasługuje język polski. Rozumiem, że trzeba znać historię literatury itp., lecz wiedza kim był i co robił Wokulski w „Lalce” B. Prusa przyda mi się jedynie, gdy będę nauczycielem języka polskiego! (pomijam egzaminy). Tak samo, gdy będę chciał wiedzieć, co autor miał na myśli. Nie muszę tego interpretować (w życiu codziennym zdarza się to rzadko), po prostu to sprawdzę, np. pytając (jeśli autor żyje) lub odwołując się do opracowań ludzi, którym za to płacą. A że mam to wykorzystać w życiu towarzyskim? Życie towarzyskie nie „kręci się” teraz wokół tematów poruszanych na lekcjach a dominują raczej inne lektury, o których można porozmawiać z przyjaciółmi. Za to położenie nacisku na matematykę popieram, bo to przydatne narzędzie, choć to też powinno zostać inaczej usystematyzowane. A lekcje historii? Bez komentarza.
Na studiach powinno być lepiej, ze względu na ich przygotowanie do konkretnej sfery zawodowej. Bywa różnie, uczelnie obciążają wiedzą, tzn. przekazują swój punkt widzenia swoim studentom, co jest naturalne. Niektóre maja tendencję do optymalizowania wszystkiego (czyli matematyka) inne do opisu danych sytuacji i ich zrozumienie (np. case study) itp. Jednak uczelnie powinny uczyć tego, co potem trzeba będzie wykonywać. Uczą tego, ale w zbyt małym stopniu. OK., fajnie jest jak będę umiał rozwiązać zadanie optymalizacyjne metodą dualną simpleks dla 10 zmiennych, ale co z tego jak nie będę miał doświadczenia w tworzeniu dobrych funkcji celu. I tak nie będę liczył tego ręcznie, wykorzystam komputer. I właśnie tu jest problem. Studia uczą teorii i czasem nawet praktyki, ale nie wykorzystują przy tym komputerów, które są wykorzystywane do takich samych zadań na co dzień. Za mało jest zajęć praktycznych z komputerami i ten pogląd jest zgodny wśród studentów. Szczególnie na przedmiotach nie informatycznych, lecz pokrewnych, np. ekonomii. To wynika z faktu, że uczelnie są niedofinansowane, ale przynajmniej widzą ten problem. Po prostu brakuje pieniędzy. Uczelnie prywatne, czy te najlepiej dofinansowane sobie z tym radzą, ale to pojedyncze przypadki. Niestety ten paradoks, że na uczelniach ekonomicznych brakuje pieniędzy a na wydziałach uczących zarządzania występują problemy z zarządzaniem właśnie jest dość znany. Może problem zostanie kiedyś rozwiązany, ale tylko w przypadku większych pieniędzy od państwa albo całkowitej prywatyzacji sektora.
Podsumowując, nie ma komu zabrać się za racjonalizację oświaty na każdym poziomie. Lepiej systematycznie ogłupiać społeczeństwo niż pozwolić mu się rozwijać. Wymagać rzeczy niepraktycznych. Jest to sprzeczne ze strategią budowy kapitału intelektualnego kraju i winić należy tylko polityków i urzędników. Bo inne kraje potrafią to zrobić i co więcej „zabierają” nam najlepszych. To przykre, ale kiedyś studia wyższe cos znaczyły, dziś to męcząca konieczność. Szczególnie, że w Europie do studiowania ludzie tak się nie „palą”.
Tak motywacja do nauki jest ogromna. Pamietam jak mi w LO za wysoką średnia dali stypendium – jednorazowe ~115 zł. No jak by mi kto dał w morde :evil:
Historia IMO powinna być ale w takiej formie żeby każdy kto wyjdzie po tym liceum wiedział kto nam Polakom robił różne krzywdy, a takie pierdoły jak jakieś tam postanowienia na traktatach itd. to padaka. Historia była przeze mnie najbardziej znienawidzonym przedmiotem właśnie przez to że trzeba było znać jakieś pierdoły z odległych czasów które nawet nie były o Polsce.
Najbardziej to żałuje chemii, kiedyś to myślałem że na każdej lub prawie każdej lekcji będzie jakiś efektowny eksperyment. Widziałem chyba tylko jeden i to też jakaś lipa była :P
Chemia, eksperyment, hmm… najwyżej rozpuszczanie cukru w herbacie :-P
Nie dbam o to ile umieszczą komputerów w szkole. Szkoły mają tworzyć pracowników, a prawdziwa nauka zaczyna się poza szkołą. Kto chce być robolem niech nim będzie, kto chce być pracodawcą niech nim zostanie.
Mam wrażenie że podchodzisz do tematu zbyt ideałowo
Z racji tego, że żyjemy kapitalistycznej Polsce, nie socjalistycznej, oświata wcale nie musi przygotowywać nas do obecnych realiów. Nauka może kończyć się i zaczynać przy rodzinnym stole. Bo przecież mamy wolną wolę.
A jeszcze tamci ludzie nie odeszli z szkół, urzędów, czy stanowisk. Czyli obecne szkoły bardzo podgalają układom, najwięcej dostają te, których dyrektorzy maja najlepsze układy, nie ci co najlepiej kształcą.
Co do religii, to nie mogę się zgodzić, nie zapominajmy, że jesteśmy ludźmi, więc musimy mieć tą ludzką stronę. Jeżeli wszystko popadnie w optymalizację i w sferę konsumpcyjną. Staniemy się jak te zombi. Zarobić-wydać, zarobić-wydać. Maszyny pozbawione duszy
Nie możemy na to pozwolić ! bo przecież, musi istnieć ta sfera duchowa. Co nie jak szkoła, może pokazać masom, że istnieje inne życie. Od kościoła większość odchodzi, głownie, z lenistwa i braku zrozumienia siły wiary
Ko ma się tym zająć. Telewizja? A może gazety?
Wszystko można przecież sprzedać? Religię można? Oczywiście, że można (wystarczy popatrzeć na stany)
Drugiego człowieka można? Jasne że można( przecież są wyzwolone kobiety, piękne ładne w agencjach.)
Jak oglądam programy ze stanów to widzę jaka tam obłuda, brak wartości, liczy się tylko kasa.
Ludzie już jak zwierzęta się zachowują, są gachy i ich lachony, Jeżdżą na jakieś ustawki, zupełnie jak stada zwierząt walczą o swoje terytoria. Na dyskotekach podobnie, pięciu gości wchodzi i się zastanawia czy rozniesie ochronę, no bo przecież oni są kozaki a ta dżungla należy do nich.
Więc nie mogę się zgodzić z brakiem kształcenia moralnego w szkołach, tylko dla tego że komuś czasu brakuje. W drugą stronę czerwoni nie potrzebowali boga, no praca jest bogiem. Tak jak ze wszystkim trzeba wyznaczyć sobie granicę obłudy, z przesadą. Nie chodzi tu jedynie o jednostki które czegoś pragną, lecz o masy żeby się nie zatraciły
Więc tak:
Wolny rynek sam by to uregulował. Jest podaż jest popyt na dobrze wykwalifikowanych ludzi. Nie tylko pracowników, ale i pracodawców. Uczelnie szybko dostosowałyby ofertę, bo nie stracą klientów. A tak nie muszą. Tak samo mogą funkcjonować inne placówki, niższego szczebla. Teraz mamy socjalizm, bo gdyby był wolny rynek nie byłoby problemu. Ale szkopuł polega na tym, że da się to zrobić bez wolnego rynku.
Religia? Ok, dla chętnych. O wartościach etycznych nie ma co myśleć, bo teraz też ich nie ma. Może kiedyś były, teraz trudno o taki luksus. Niestety, realia są brutalne.
Najlepiej o poziomie nauczania na polskich uczelniach świadczy fakt ile znaczysz dla pracodawcy po ukończeniu studiów – odpowiedź na to pytanie pozostawię Wam samym aż sami skończycie studia.
Rzadko się o tym mówi ale tak naprawdę wyższe szkolnictwo to kolejny relikt socjalizmu w Polsce, niewiele wydajniejszy od PKP i Poczty Polskiej. W każdej z tych kategorii jesteśmy „za murzynami” (w rankingu top500 są tylko 2 polskie uczelnie i to w końcówce).
Ale co z tego, jak i tak na studia trzeba iść bo z nimi kiepsko a bez nich jeszcze gorzej :roll:
Astakos to jeszcze zależy jakie studia.
Narobiło się tych wieczorowo weekendowych magistrów to jak dla mnie Ci ludzie mogą sobie ten papierek oprawić i powiesić nad kiblem.
A z dziennych to wszystkie takie kierunki typu administracja, zarządzanie, transport, marketing, historia i różne inne sprowadzają się do tego samego co wyżej.
Kolejna porcja to kierunki trudne po których jest kiepska robota. Dobry przykład to chemia albo matematyka ale tylko dla niektórych tych którzy lądują jako nauczyciele to powodzenia. Jest sporo kierunków technicznych po których ukończeniu nie ma roboty, no cóż w Polsce nie ma jakiejś ogromnej ilości fabryk które pochłaniały by kolejnych inżynierów do pracy projektowej.
Ograniczam się tylko do kierunków o których wiem coś więcej od wiedzy powszechnej zasłyszanej z różnych źródeł.
Sam studiuje informatyke na PW w. EITI i myśle że o dobrze płatny etat (‘dobrze’ w rozumieniu dużo wyżej niż średniej krajowej) nie będę się musiał długo starać. Ewentualnie moge wyjechać do Holandii i jako zwykły programista dostawać 6000E miesięcznie
„Ale co z tego, jak i tak na studia trzeba iść bo z nimi kiepsko a bez nich jeszcze gorzej :roll:”
No właśnie nie trzeba i w tym rozumowaniu że trzeba jest problem
Jak zapytam jakiegoś znajomego co robi to mówi że studiuje, potem dodaje że zaocznie a na koniec okazuje się że pracuje na telefonie albo w sklepie z ubraniami – oto przyszli magistrowie
:arrow: A z dziennych to wszystkie takie kierunki typu administracja, zarządzanie, transport, marketing, historia i różne inne sprowadzają się do tego samego co wyżej.
Widzę, że sami inżynierowie :). Niestety nie mogę zgodzić się z żadną z powyższych opinii, ale nie ma sensu dywagować w tym temacie – nie ma gotowych recept i długo ich nie będzie. Chory system nauczania to pochodna chorej polityki i gospodarki i tyle. z drugiej strony to my mówimy, że za granicą spotykamy głąbów i analfabetów i to nas chwalą za kwalifikacje i inteligencję.
:arrow: (w rankingu top500 są tylko 2 polskie uczelnie i to w końcówce).
to już zależy od sposobu robienia rankingów. nie mowie ze jesteśmy zbyt nisko, ale listy te promują wielki ośrodki z noblistami etc. odsyłam do Wprost nr 4 ze stycznia 2010, ciekawa analiza problemu.
No cóż kraj nasz jest jaki jest, zarobki na Zachodzie pozwalają każdemu na odpowiedni standard życia nawet logistykowi czy nauczycielowi historii. a że nie musimy tam kończyć uni żeby dobrze zarabiać to i relatywnie mniej ludzi studiuje, a kto studiuje to albo ma $$$ albo jest naprawdę dobry lub pracowity (szczególnie Azjaci).
taka ciekawostka na koniec – znajomy studiuje na Uni of Salford, GM. dosyć ciekawy kierunek, z grubsza można przetłumaczyć jako użytkowa sztuka w grach komputerowych. czy to będzie jedna z perspektywicznych profesji jakie wyprą historię, transport itp. ?
Trudno ująć ten temat. Z jednej strony chce się lepszego kształcenia, z drugiej nie ma na to pieniędzy, z trzeciej nie jest dobrze jak wszyscy są wykształceni.
Jednak konkluzja jest taka – nie dać się zaszufladkować i przyjąć jednego toku myślenia, a raczej patrzeć na problemy globalnie. I mieć własne zdanie. To dlatego na WZ UW nie bardzo lubią tych z międzywydziałowych, głównie z WNE, bo mają własne zdanie i polemizują. A mnie tym bardziej, bo ja staram się polemizować na każdym kroku, szczególnie, że nie ma one best way.
Gabriel Laub
„Człowiek uczy się przez całe życie, z wyjątkiem lat szkolnych”
Albert Camus
„Szkołą przygotowuje dzieci do życia w świecie, który nie istnieje.”
Andrzej Samson — 20 tysięcy godzin w budzie:
Szkoła przez całe lata skrupulatnie troszczy się o to, żeby jej uczniowie przypadkiem nie dorośli i nie dojrzeli. Upupiając ich na każdym kroku, traktując jak małe dzieci, rozmawiając ponad ich głowami, o ich sprawach nie z nimi, ale z ich rodzicami, stosując zasadę „nie dyskutuj” i wiele innych sposobów, szkoła usiłuje wręcz zapobiec ich dorastaniu i dojrzewaniu.
Andrzej Samson — 20 tysięcy godzin w budzie
Spoza licznych wymagań i zaleceń szkoły wyłania się postać ucznia wymarzonego, takiego, jakiego szkoła chciałaby mieć i jakiego lubiłaby uczyć. Jest to portret przeciętnego średniaka albo, jak kto woli, średniego przeciętniaka, sobkowatego oportunisty, ulizanego potakiewicza nie tyle grzecznego, bo grzeczność jest pewną szlachetnością ducha, ile wyrachowanego, włazidupka i amoralnego cwaniaka.
Albert Einstein
Jest tylko jedna droga, która wiedzie człowieka do prawdziwej doskonałości: twarda szkoła życia.
Albert Einstein
Najgorzej, gdy szkoła ucieka się do takich metod, jak zastraszanie, przemoc czy sztuczny autorytet. Metody te niszczą u uczniów naturalne odruchy, szczerość i wiarę w siebie, czyniąc z nich ludzi uległych.
Adam Mickiewicz
Co dzień przestrzegam, jak młódź cierpi na tem,
Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.
Kilka cytatów o szkole, najbardziej podoba mi się ostatni, Adama Mickiewicza. Bo dla mnie szkoła, to przede wszystkim ludzie, których tam poznałem. I w zasadzie niewiele więcej.
Ale to i tak bardzo dużo.
I jeszcze jeden cytat, być może najważniejszy i najlepszy:
Albert Einstein
Szkoła powinna dążyć do tego, by młody człowiek opuszczał ją jako harmonijna osobowość, a nie jako specjalista.
witam,
na początek odniosę się do pierwszej części artykułu, która dotyczyła liceum, jako, że sam jestem licealistą.
w zupełności zgadzam się z tym, że niepotrzebne przedmioty powinny być wyrzucone z planu. na swoim przykładzie mogę podać, że spokojnie mógłbym mieć 7 godzin w tygodniu mniej zajęć bez jakiejkolwiek szkody dla mojej edukacji (3x WF, 2x religia, wychowawcza, sztuka/po). jest to kompletna strata czasu. przykładowo interesuje mnie religia i czasem lubię o tym poczytać. problem jest jednak taki, że w szkole niemożliwe jest nauczenie się czegokolwiek na ten temat, bo albo religia wygląda jak wf albo poziom wiedzy jest lekko mówiąc niski, bo duża większośc ma ten przedmiot w czterech literach. jeśli kogoś to interesuje to sobie poczyta, nie trzeba na to tracić 2h tygodniowo.
jeśli natomiast chodzi o przedmioty to mam nieco inne zdanie.
uważam, że umiejętność interpretowania jest potrzebna i odgadywania co autor miał na myśli jest przydatna. rozwija umiejętność logicznego myślenia, kojarzenia i typowo humanistyczne myślenie, czego brak jest w m.in. matematyce, a które w małym stopniu nawet największym ścisłowcom się przyda. co do niektórych lektur to zgoda.
odnośnie historii to moje zdanie jest takie, że jest to jeden z najpraktyczniejszych przedmiotów w szkole. można się wiele na nim nauczyć samemu wyciągając wnioski z różnych wydarzeń i postaw. oczywiście w szkole masz tylko „wyryć na blachę”, a ewentualne przemyślenia to twoja sprawa. to jeden z największych błędów oświaty i szkolnictwa: brak rozwijania myślenia i kreatywności wśród uczniów.
co do studiów to nic nie mogę powiedzieć, bo brakuje mi doświadczenia.
Dobry blog, będę częściej zaglądał ;)
Pozdrawiam ;)