Na początku zaznaczę, że ten temat nie jest wcale tematem zastępczym, a sferą życia publicznego, którą muszę poruszyć. Dlaczego? Ze względu na sytuację, w której ulega się sile, agresji i żądaniom nie podpartym żadnymi sensownymi argumentami. Ze względu na sytuację, w której najgłośniej krzyczą ci, którzy zarabiają najwięcej. Ci, którzy chcą mieć władzę, a nie wiedzą co to ciężka praca (w większości).
Oczywiście chodzi o związkowców, którzy winą za wszystko obarczyli by rząd, który zawsze był i będzie tzw. chłopcem do bicia. Ja też nie przejawiam ciepłych uczuć do obecnej Rady Ministrów, nie sympatyzuję z PO, a jestem niejako zmuszony ją popierać, gdyż w Polsce nie istnieje inna sensowna alternatywa. To jednak nie oznacza, że PO, PSL czy PiS są odpowiedzialne za wszystko to co się dzieje. Niestety większość myśli inaczej i w tym wypadku większość się myli. Szczególnie związkowcy, ich przywódcy, którzy zamiast usiąść do konstruktywnych rozmów, prowadzą swoich ludzi aby palili opony na ulicach. Nie mieści się to w nawet szeroko rozumianym pojęciu kultury, której, nie ukrywajmy, w polityce nie ma. Ale czy już nie można zachować resztek pozorów?
Dlatego bardzo mnie drażni sprawa prywatyzacji polskich spółek, szczególnie tych dużych. Gdyby większość z nich była w rękach prywatnych, nie było by mowy o protestach, wszyscy zarabiali by tyle, ile warta jest ich praca, a w razie protestów wszyscy otrzymaliby zwolnienia dyscyplinarne i krótkie „wyp***dalaj” na pożegnanie. Czy to oznacza, że jestem przeciwny związkom zawodowym? Nie. To oznacza, że jestem przeciwny związkowcom, którzy siedzą za biurkiem, są utrzymywanie przez firmy i dosłownie nic nie robią, poza ciągłym napastowanie zarządu, nie prośbami, ale żądaniami podwyżek. Gdyby te podwyżki były zasadne. Ale w trudnej sytuacji spółki nie ma mowy o 3,5 tys. zł premii. Chyba, że panowie prezesi związków oddadzą część swoich wynagrodzeń dla kolegów pracujących ciężko, np. pod ziemią w kopalni. Bo proszę wybaczyć, ale 10-15 tys. zł dla związkowca, który praktycznie nic nie robi, to gruba przesada. Inni, żeby tyle zarobić muszą naprawdę dużo zrobić (np. managerowie) a inni mogą o takich kwotach tylko pomarzyć (np. nauczyciele). Nawet traderzy muszą włożyć sporo pracy, aby osiągać takie stopy zwrotu. Jak widać zawód związkowca jest bardziej prominentny niż polityka. Czarna rozpacz?
Dlatego (pozwolę sobie znowu zacząć akapit od tego wyrazu) należy jak najszybciej (i w jak najlepszy sposób) sprywatyzować spółki SK i ograniczyć rolę związków zawodowych, ale zapewnić wszystkim godziwe wynagrodzenie. Dlatego prezes KGHM powinien wypłacając premie pracownikom, powiedzieć, że zrobi to z pieniędzy przeznaczonych na utrzymywanie przedstawicieli związków, bo tak powinno być sprawiedliwie. Bo taka jest prawda, związki zawodowe dbają tylko o swoich szefów. To oni zarabiają najwięcej. A przez to, że pogarszają nastroje pracowników spada produkcja i część spółek może popaść w kłopoty. Dlatego takim bucom należy powiedzieć to co wyżej przytoczyłem.
Z drugiej strony dziwi mnie takie bezgranicze zaufanie ludzi. Przecież wiadomo, ze jeśli spółka nie ma zamówień to musi się zrestrukturyzować albo upaść. To także dotyczy stoczni. Nie ważne, czy są w rękach prywatnych, czy państwowych. Ekonomia rządzi się żelaznymi zasadami. Ale zawsze można zrobić zrzutkę narodową na stocznie, choć jak wiemy pieniądze trafią do przemysłu medialnego. A stoczniowcy? Niestety muszą uzupełnić kwalifikacje, bo nikt nie ma zamiaru ich utrzymywać. Nikt nie powiedział, że w życiu będzie lekko i państwo zrobi wszystko za nich.
Dlatego Pan Premier ma u mnie minus, że ugiął się przed stoczniowcami. Powinien być w Gdańsku a stoczniowych liderów mieć w głębokim poważaniu. Bo tu chodzi o politykę i wielkie pieniądze, a jak wiadomo każdy chce władzę mieć za wszelką cenę. Oj biedni ci ludzie, szczególnie z opozycji.