Mocno reklamowany, już dwudziesty drugi, film o przygodach agenta 007, a drugi, w którym odtwórcą głównej roli jest Daniel Craig. Czy kolejna część jest warta obejrzenia? Czy agent 007 to ten sam 007, którego znamy z filmów z Pierce’m Brosnan’em czy Rogerem Moore’m? O tym i o innych niuansach dotyczących filmu w dalszej części notki.
Co prawda nie byłem na premierowym pokazie, który zaczął się 7 minut po północy, ale też w piątek, w godzinach porannych, gdyż wtedy jest mniej ludzi a i Helios oferuje tańsze bilety. Specjalnie wybrałem kino w nowej galerii, o której już wspominałem, żeby w końcu zobaczyć jak tam jest. A jest ok. Nabyłem bilet, prowiant i czekałem na rozpoczęcie projekcji. Tym razem nie było dużo reklam, chyba z powodu obecności max 15 osób w sali. I w końcu zaczęło się. Muszę powiedzieć, że kto nie oglądał „Casino Royale”, mógł nie złapać wątku, gdyż akcja zaczyna się mniej więcej po godzinie od zakończenia tamtego filmu. Z ciekawszych rzeczy można wymienić pościg, w którym samochód jest zwykłym samochodem, walkę na wodzie oraz w powietrzu. Końcowe sceny walki w hotelu z głównym wrogiem – Green’em – nie wydają się efektowne. Film skupia się na bliższej realiom pracy agenta, niż na łatwym i przyjemnym zabijaniu, które nie brudzi rąk, a także ratowaniu się z opresji różnymi gadżetami. Jest to odmiana w stosunku do pozostałych części, gdzie ta postać była potraktowana nieco groteskowo. W QoS poznajemy mroczną stronę agenta Jej Królewskiej Mości. „Trup ściele się gęsto”, cytując fragment opisu ze strony Gazeta.pl, jednak tak jak to powinno być, po cichu, bez wielkiej efektowności. Sam brak gadżetów wyszedł chyba na dobre, brak Q czy panny Moneypenny już chyba niekoniecznie. Sam urok Bonda też chyba osłabł, bo zaciągnął do łóżka tylko jedną dziewczynę, natomiast Camille (Olha Kurylenko) tylko pocałował. Nie występuje też słynne „My name is Bond. James Bond.”.
Niewątpliwie film jest godny obejrzenia, gdyż łamie dotychczasową konwencję pokazywania agenta. Czy jest to dobra idea? Nie wiem, lecz z pewnością marka wyrobiona już przez Bonda, szczególnie odtwarzanego przez dwóch wyżej wymienionych aktorów, została „spaczona”. Teraz serii bliżej do prawdziwych filmów szpiegowskich, niż „nierealnych przygód agenta niemalże doskonałego”. Ale czy nie takiego Bonda lubiliśmy? Do tego dochodzi jeszcze product placement takich marek jak Aston Martin, Sony Ericsson czy Omega. I teraz reklamy w telewizji będą mnie bombardować, iż Bond używał SE C902. Jeżeli mam dać ostateczną odpowiedź czy warto? Warto.

Hmmm, odkad przestal jezdzic BMW to juz nie ten Bond (watek snobistyczny, bo mam BMW), poza tym ktos powiedzial, ze po wyborze Osamy na prezydenta nadszedl czas na czarnego Bonda….
Generalizujac, komercja…. nie bedzie ten sie dobrze sprzedawal, bedzie inny……..
Jezeli chodzi o rozrywke to spelnia swoje zadanie….
Czy tam Obamy, sorki za blad, w sumie jeden bank..
Również polecam
).
Przyznam szczerze, że osobiście wolę tego “nowego”, craigowego Bonda – głównie właśnie za realizm i “mroczność” – zarówno “Casino…” jak i “Quantum…” to świetne, trzymające w napięciu filmy, które przyjemnie się ogląda.
Co do product placement to aż tak mi nie przeszkadzał, bo nie był w sumie nachalny (czyli taki, jak w polskich filmach ostatnich lat
Jedyne, czego mi w “Quantum…” brakowało w porównaniu do “Casino…” to dialogi z tym specyficznym rodzajem humoru – było ich IMO znacznie za mało…
Jeszcze raz polecam
A ja powiem to tak: dla mnie (jak i dla wielu fanów) Bond jest swoistą ikoną popkultury i powinien iść wcześniej nakreśloną ścieżką. To tak samo jakby zagrał go czarnoskóry aktor (nie mam nic do nich). Dla mnie niemalże profanacja.