Myślałem, że poprzednia notka będzie pierwszą i ostatnią z zakresu narzekania na bezsensowny system szkolnictwa polskiego. Myliłem się. Z każdym dniem dowiaduję się czegoś nowego, że nie wiem czy się śmiać czy płakać. A uczyć się trzeba. A kiedy mam pracować?
Niestety klasa maturalna nie oznacza końca podstawowych problemów a dodatkowo „sponsoruje” nam nowe. Postaram się napisać krótko o tym wszystkim, bo wiem, że nie to chcecie czytać.
Zero wycieczek – wydaje się zrozumiałe. Klasa maturalna = nauka. Ale żeby nie było ani jednej wycieczki jednodniowej, czy nawet wyjścia do teatru lub do jakiegoś muzeum w naszym mieście? Żadnej imprezy kulturalnej? Czy to może zależy od szkoły. Bo przed ostatnie dwa lata byłem tylko dwukrotnie na jednodniowej wycieczce bez specjalnego celu, ładu i składu. Z tym, ze jedna była organizowane zupełnie przez kogoś innego.
Fakultety – ten, kto je wymyślił powinien być żywcem spalony. Dzisiaj dowiedzieliśmy się, że powinniśmy uczęszczać na fakultety wszyscy, jednak nie na te, które dotyczą matematyki i geografii (przedmioty rozszerzone), czyli tych przedmiotów, które mnie najbardziej interesują. Jako, że to zajęcia nadobowiązkowe, to zrezygnowałem ze wszystkich propozycji i mam 1,5 godz. wolnego więcej. Ale sama idea jest bezsensowna.
Religia – lekcja, której przeprowadzanie w szkołach jest zupełną pomyłką już samą w sobie. Ale oczywiście na siłę trzeba chrystianizować uczniów. Jak nasza nowa katechetka się dowiedziała, że większość z nas jest tam z przymusu to nie mogła uwierzyć. Chce abyśmy prowadzili zeszyty. Nie wiem do czego to doszło, żeby na religii uczyć się… religii! Do tej pory była to godzinka odpoczynku. A właściwie dwie. Jak dla mnie to strata czasu, bo już wolałbym mieć 2 godz. biologii (teraz mam jedną) niż 2 godz. religii z testami itp. Bo ta pierwsza bardziej mi się przyda w życiu niż ta druga.
Język polski – tak, to już 3 nauczyciel ma mieć z nami zajęcia (od końca września). Zanim się dobrze zrozumiemy miną ze dwa miesiące. Czas stracony. A teraz zanim odejdzie od nas nasza obecna nauczycielka (swoją drogą mogłaby zostać – może nauczy nas więcej niż nowy nauczyciel) zamierza z nami zrobić 4 lektury w niespełna miesiąc. Tak, akurat we wrześniu – wtedy kiedy naprawdę muszę się przygotowywać do czegoś ważnego.
Tak, to na chwilę obecną koniec problemów. Obiecuję powstrzymać się od innych notek na ten temat i zacząć pisać o czymś sensownym. Wiem, że system jest bezsensowny i nie powinienem pisać oczywistości, ale tak naprawdę trochę mi ulżyło.
Widzę nie tylko mnie szlak trafia w tej budzie…
Co prawda u mnie ponoć nawet do 4 wycieczek ma dojść, ale pożyjemy zobaczymy.
Fakultety zawsze były tylko i wyłącznie dla chętnych, dzięki Bogu bo bym uciekał jakby ktoś próbował mnie zmusić :|
A religia zawsze była porażką.. dobrze ze teraz jakieś nauki przed małżeńskie to się pośmiejemy przy kanapce.
Módlmy się o zdanie żeby to był ostatni rok :)
hehe, to wspolczuje
ja na szczescie szkoly juz dawno mam za soba
religia nas tez rozwalala zawsze ale na szczescie byla na koncu wiec mozna bylo olac cieplym moczem
na studiach z kolei etyka, ehh ale jakos sie udalo przetrwac
niezle
Ja tam religię wspominam dobrze ksiądz pianie wkręcał
Co do wycieczek to miałem podobnie , choć jak pojechaliśmy modlić się przed maturą to się tak wszyscy schlali :P
Ojeb te fakultety, choć na te co są CI potrzebne.
Ja osobiście wyciągałem książkę z matmy na biologi i się uczyłem .
Matma na biologii by nie przeszła, bo to „elytarne” liceum, ale już czytanie SZOGu na przedsiębiorczości owszem. Fakultety im nie wyszły, chętnych brak :D
Niestety nadal mam wrażenie, że poza przedmiotami maturalnym tracę tylko czas.