Zbliża się 28 rocznica podpisania Porozumień Sierpniowych. W tamtym okresie był to milowy krok w drodze do wolnej Polski. W tamtych czasach uczestnicy „Solidarności” mieli przed sobą trudne zadanie, bo oprócz wali o byt, musieli walczyć o prawo do wolności. A co mamy dzisiaj?
Kiedyś związki zawodowe to było coś. Zakazane, a więc najbardziej potrzebne. Stały się niemalże partią polityczną - bo nie było innej alternatywy. Można było rzec: „Jestem dumny, że należę do Solidarności“. A dzisiaj? Związki zawodowe utrudniają przede wszystkim funkcjonowanie przedsiębiorstw Skarbu Państwa - Poczta Polska, stocznie, kopalnie i instytucji typowo państwowych - szkoły, szpitale, etc. Oczywiście, nie mówię, że ich postulaty są złe, czy niedobre. Popieram ich w walce o godne zarobki, ale czy oni nie mogą zarobić na nie swoją ciężką pracą? Nikt nie wyczaruje pieniędzy na podwyżki, skoro ich po prostu nie ma. Przewodniczący głośno krzyczą, chociaż sami zarabiają przeciętnie 3x więcej od członków związków. Hipokryzja? Nie - dobre warunki do protestowania. Wszystko dlatego, że instytucje państwowe są źle zarządzane, a gdy w spółkach Skarbu Państwa chce się przeprowadzić restrukturyzację jest ona blokowana. Tak nie wygląda zdrowa sfera przedsiębiorstw - dlatego jestem za jak najszybszą prywatyzacją - oczywiście na przejrzystych warunkach. O ile spółki państwowe w ciągu najbliższych 20 lat prawdopodobnie zostaną całkowicie sprywatyzowane to instytucje publiczne pozostaną w starym systemie jeszcze kolejne 2 dekady. Niestety bez zmiany systemu zarządzania i finansowania się nie obejdzie.
A wystarczy nasze podatki podzielić w następujący sposób: kwota wszystkich podatków odpowiadałaby sumie subpodatków, na które składałby się podatek oświatowy, zdrowotny, komunalny, etc., etc. Każdy płaciłby tylko za to co wykorzysta. Komunalny, np. za odśnieżanie, remonty ulic, finansowanie inwestycji. Zdrowotny - utrzymanie oddziałów ratownictwa, opłata za funkcjonowanie przychodni, ryczałtem na rok przyszły. Jeśli nie wykorzysta - zwrot, jeśli wykorzysta - dopłata. Oświatowy obowiązywałby tylko rodziców uczniów - niech płacą za swoje dzieci, ale jeśli ktoś ich nie ma - nie korzysta z usługi = nie płaci. Wiem, że spotka się to z ogromnym sprzeciwem społecznym, ale tylko to rozwiązanie (wg mnie) zapewnia najefektywniejsze zarządzanie pieniędzmi. Każdy płaciłby za to, z czego naprawdę skorzystał. A nie „haracz” na utrzymanie urzędników w administracji osiedlowej, który siedzi 8 godzin w pracy i zbytnio się nie przemęcza. Bo państwowe = wykorzystane nieefektywnie. Czas z tym skończyć. Panie premierze - wiem, że straci pan w sondażach, ale albo chce się drugiej Irlandii, albo nic się nie chce.
A gdybyśmy spełnili żądania związków?
Strach pomyśleć jakie to będzie miało skutki. Nie dość, że kilka miliardów na same wynagrodzenia powiększy deficyt budżetowy, opóźni wejście do strefy euro, spowoduje pośrednie spowolnienie gospodarcze - za wzrostem płac nie będzie szedł wzrost wydajności, to jeszcze popadniemy w spiralę inflacyjną. Wzrost płacy przełoży się na wzrost konsumpcji, a bez wzrostu wydajności, na stałą podaż przy rosnącym popycie. Oczywisty jest wzrost cen, a jak wzrost cen to i podwyżki płac. Koło się zamyka. Bo wszystkiemu jest winna polska mentalność - czy się stoi czy się leży 2 tysiące się należy. I mimo 20 lat gospodarki rynkowej - nadal obowiązuje (sic!). Mamy tylko nadzieję, ze moje pokolenie mimo tych problemów pozostawionych przez poprzednie upora się wreszcie z przeszłością i sprawi, że Polska będzie krajem liczącym się gospodarczo.









0 Responses to “A w Polsce (nie?) po staremu…”
Leave a Reply